8,5 C
Warszawa
czwartek, 22 lutego, 2024

Skarby z jeziora

-

450 ozdób z brązu oraz liczne ludzkie kości odkryto na terenie dawnego jeziora na Pojezierzu Chełmińskim. Prawdopodobnie są to artefakty związane z rytuałami ofiarnymi z przełomu epoki brązu i żelaza lub z początku epoki żelaza, czyli około VII-VI w. p.n.e.

Odkrycia dokonali członkowie Kujawsko-Pomorskiej Grupy Poszukiwaczy Historii, którzy za zgodą Kujawsko-Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Toruniu penetrowali torfowisko. Z wykrywaczami metali przemierzali pola uprawne i nieużytki, na których około 2,5 tys. lat temu było płytkie jezioro. Na początek badacze planowali sprawdzić obszar o powierzchni 1,5 ha, później teren poszukiwań zwiększył się do 20 ha, a naukowcy szacują, że tafla wody mogła pokrywać nawet 40 ha. W sumie z trzech miejsc penetracji zebrano około 450 przedmiotów, m.in. naszyjników, bransolet, nagolenników i ozdobnych szpil. Na miejsce pojechał dr hab. Jacek Gackowski, prof. UMK z Katedry Prahistorii Instytut Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Naukowiec przyznaje, że już po obejrzeniu pierwszych zdjęć artefaktów podejrzewał, że są to przedmioty pradziejowe. – W odkrywce było kilkanaście przedmiotów, zgromadzonych bardzo ściśle – mówi prof. Gackowski. – Ktoś to musiał zostawić w jakimś worku albo bardzo pieczołowicie układać. Woda była czysta, zbiornik płytki, więc prawdopodobnie ci, którzy składali te przedmioty, mogli w każdej chwili po nie sięgnąć, ale z jakiś powodów tego nie robili. Dlatego wygląda to, jakby było w jakiś sposób sakralizowane, kojarzy się ze składaniem darów wotywnych, działaniem rytualno-obrzędowym.

Kulturowy zawrót głowy

To bardzo prawdopodobna, ale jedynie hipoteza, bo naukowcy niewiele wiedzą o systemie wierzeń ludzi żyjących na przełomie epoki brązu i żelaza. Na pewno były to czasy tzw. kultu magicznego, w którym wiele czynności rozumiało się w sensie dosłownym. Możemy mówić o pewnego rodzaju transakcji: ja daję coś, ale oczekuję czegoś w zamian.

“Przypuszczalnie mieliśmy do czynienia z tego typu sytuacją, bo nagromadzenie przedmiotów jest na tyle duże, że trudno ich złożenie w wodzie uznać za akt jednorazowy – tłumaczy prof. Gackowski. – Pojawiły się sugestie, że artefakty mogły zostać ukryte w momencie jakiegoś zagrożenia. Z kolei niektórzy archeolodzy niemieccy, którzy odkryli u siebie podobne znaleziska, sądzili, że w pewnych momentach wstrzymywany był obrót brązem, przedmioty były chowane, by wyciągnąć je w momencie zwiększonego popytu na ten cenny wówczas surowiec i w ten sposób się wzbogacić. Osobiście jednak skłaniam się do interpretacji mówiącej o działaniach natury wierzeniowo-rytualnej”.

Archeolog miał nadzieję, że uda się dowieść, że odnalezione przedmioty pochodzą z VII w. p.n.e. i niewykluczone, że tak będzie, ale wśród artefaktów zwracają uwagę te, charakterystyczne, dla VI w. p.n.e. – Chodzi o zausznice gwoździowate – wyjaśnia prof. Gackowski. – Wyglądają jak wygięte gwoździe z jedną lub dwiema główkami. To przedmioty pochodzenia nomadycznego, stepowego z obszaru zachodniej Ukrainy, Podola, południowego Wołynia. Wiążą się z kręgiem kultury scytyjskiej, a najwięcej tego typy ozdób zgromadzili archeolodzy ukraińscy.

Dlaczego zausznice można uznać za artefakty diagnostyczne, pozwalające określić wiek ich pochodzenia? Dzięki doniesieniom literackim Herodota, opisującym konflikty za czasów Dariusza I Wielkiego wiemy, że prawdopodobnie zimą, bo autor pisze o białym puchu, 513/512 r. p.n.e. w Europie Środkowej pojawili się Scytowie. Ich ekspansja była szokiem dla miejscowej ludności: koczownicy, nie budowali grodów ani osiedli otwartych, nie zakładali pól uprawnych, nierzadko grabili, palili i niszczyli. Herodot wspomina, że znane są mu, grupy, które nie utożsamiały się ze Scytią, ale przejęły modę scytyjską. Chodzi m.in. o Neurów.

“W Chotyńcu koło Jarosławia, w południowo-wschodnim narożniku Polski odkryto 30-hektarowe osiedle z duża liczbą artefaktów scytyjskich – mówi toruński archeolog. – Jest taki pogląd, że osiedle wznieśli nie Scytowie, którzy grodów nie budowali, ale właśnie Neurowie. Przedmioty pochodzenia scytyjskiego, stylistyki scytyjskiej, które odnaleźliśmy na Pojezierzu Chełmińskim, być może są śladem infiltracji Neurów, którzy wchodzili w jakieś koligacje z miejscową ludnością, nazywaną przez nas kulturą łużycką”.

Dzięki odkryciom w dawnym jeziorze, polscy archeolodzy wzbogacili się o największą kolekcję zausznic gwoździowatych w północnej Europie. Duńczycy w swoich zbiorach mają jedną złotą ozdobę, a polscy archeolodzy na Pojezierzu Chełmińskim znaleźli sześć, ale wykonanych z brązu. Być może po konserwacji będzie ich więcej, bo niektóre artefakty są mocno zabrudzone i trudno dziś dokładnie określić, ile tych zabytków obecnie posiadamy.

Wśród przedmiotów są też takie pochodzenia południowo-zachodniego. – Mamy co prawda rozczłonkowaną, ale prawdopodobnie kompletnie zachowaną kolię składającą się z paciorków brązowych, szklanych i chyba – to jest do sprawdzenia – ze szklistego fajansu – wylicza prof. Gackowski. – Dodatkowo zdobiona jest zawieszkami w kształcie rybiego ogona. Niedawno taka kolia została znaleziona na terenie grodu w Wicinie koło Zielonej Góry. Obie mają proweniencję zachodnią, z rejonu łuku alpejskiego.

W torfowisku odnaleziono też przedmioty pochodzące z bardzo silnego wówczas centrum metalurgicznego funkcjonującego w okolicach dzisiejszej wsi Stanomin koło Inowrocławia. Ośrodek był opisywany w literaturze europejskiej, bo jego wyroby odnajdowano od Skandynawii po Ukrainę. Na Pojezierzu Chełmiński znalazły się również artefakty prawdopodobnie pochodzenia nordyjskiego z terenu północnych Niemiec, wysp duńskich i południowej Skandynawii. – To jest taki miks różnych przedmiotów, prawdopodobnie cennych dla ówczesnych ludzi – zauważa toruński archeolog. – Wśród nich odnaleźliśmy ozdoby obręczowe dłoni, szyi, pochodzenia scytyjskiego, narzędzia, niektóre dla nas kompletnie osobliwe, np. częściowo wykonane z metalu, a częściowo z poroża jeleniowatych. Na razie nie wiemy, do czego mogły służyć. Są też elementy końskich uprzęży, np. falery, czyli tarczki mocowane na łbie końskim albo w miejscach krzyżowania się skórzanych elementów ogłowia i boków końskich. Przeważają jednak ozdoby.

Skąd taki miks kulturowy na Pojezierzu Chełmińskim? Naukowcy podejrzewają, że to efekt nabywania cennych wówczas przedmiotów z brązu, używanych jako surowiec albo przyjmowanych do lokalnego systemu kulturowego i być może używanych w nowym znaczeniu. Wiele z nich mogło pochodzić z wymiany dalekosiężnej, za przyczyną coraz bardziej ożywionego szlaku bursztynowego.– Zdumiewające były kontakty i ich szybkość, szczególnie z ośrodkami kulturotwórczymi, narzucającymi pewną stylistykę zdobniczą – mówi prof. Gackowski. – Ludzie ją akceptowali albo nadawali jej nowe znaczenie lub w skrajnych przypadkach traktowali ozdoby jako surowiec.

Idzie nowe

Przedmioty najprawdopodobniej napływały w ramach wspomnianej wymiany dóbr. W naszym regionie oferta “handlowa” była dość uboga: produkty pochodzenia leśnego, np. wosk potrzebny do produkcji brązowniczej, miód, może skóry.

– Ostatnio archeolodzy coraz mocniej to podkreślają, że kwitł wówczas handel niewolnikami – zwraca uwagę toruński badacz. – Proceder ten nasilił się we wczesnej epoce żelaza, kiedy chętnie wymieniano ludzi na luksusowe precjoza. Takie sytuacje zostały opisane w literaturze fachowej.

Wszystko wskazuje na to, że dla ludzi żyjących na przełomie VII i VI w p.n.e. woda mogła mieć znaczenie sakralizujące. Wiele bowiem tzw. skarbów, cennych przedmiotów pochodzi z wody (lub bagna/torfu). Należy jednak zwrócić uwagę, że wczesna epoka żelaza zamykała dawny świat ukształtowany jeszcze w epoce brązu. W łuku alpejskim powstała cywilizacja halsztacka, bardzo mocno przesiąknięta kulturą śródziemnomorską. Na obrzeżach Morza Czarnego pojawiły się kolonie greckie, rozpoczęły się najazdy scytyjskie, a z północy wpływ kultury nordyjskiej i tzw. kultury pomorskiej z urnami twarzowymi i grobami skrzynkowymi. Dla ówczesnych społeczności o magicznej, konserwatywnej i tradycyjnej kulturze rozpoczął się okres gwałtownych zmian. W takich momentach często odwoływano się do bóstw, ponieważ gdy zaczynało brakować argumentów na wytłumaczenie tego, co się dzieje, szukano odpowiedzi i wsparcia sił nadprzyrodzonych.

Archeolodzy rozpoczęli współpracę z Centrum Badań i Konserwacji Dziedzictwa Kulturowego UMK. – Dla nas szalenie ważne są badania przedkonserwatorskie, gdyż na odnalezionych przedmiotach spodziewamy się pozostałości tkanin, skóry i innych elementów organicznych, które mogą nam wiele powiedzieć o życiu ludzi epoki brązu i żelaza – mówi prof. Gackowski. – A nowo otwarta jednostka naszego uniwersytetu ma możliwości personalne i sprzętowe, które mogą nam pomóc poznać historie artefaktów z Pojezierza Chełmińskiego.

Kości zostały rzucone

Oprócz setek ozdób i narzędzi członkowie Kujawsko-Pomorskiej Grupy Poszukiwaczy Historii odkryli na Pojezierzu Chełmińskim nieskremowane ludzkie kości. To o tyle ciekawe, że ówcześnie w Europie panowała powszechna kremacja. Zwłoki palono od Pirenejów po zachodnią Ukrainę, od Dunaju po Sztokholm.

“Odnaleziono szczątki żuchw, kalot, kości długie, żebra; reprezentowane są właściwie wszystkie elementy szkieletu – wylicza archeolog. – Pytanie, czy pochodzą z tego samego okresu co ozdoby”.

To o tyle istotne, że w ówczesnych realiach do kremacji byli dopuszczani wszyscy. Archeolodzy odnaleźli wiele cmentarzysk ciałopalnych z tamtego okresu, na których spoczywają szczątki dzieci, kobiet i mężczyzn w różnym wieku. Dlatego nieskremowane kości rodzą pytanie, czy w tym miejscu mogły być składane ofiary z ludzi. – To zasadne przypuszczenie, ponieważ odnaleźliśmy przedmioty pochodzenia północnego, a w północnych Niemczech, na Pomorzu Przednim po niemieckiej stronie, odnajdywano szczątki ludzi zabijanych z powodów ofiarnych w epoce brązu i na początku epoki żelaza – mówi prof. Gackowski. – To zmumifikowane zwłoki osób, które są eksponowane w muzeach duńskich i północnoniemieckich.

Po polskiej stronie dolnej Odry do tej pory archeolodzy natrafili na tylko dwa miejsca składania ofiar z ludzi. W latach 30. XX w. u źródeł rzeki Drwęcy odnaleziono ciało 14-letniej dziewczynki. Była ubrana w odzież z owczej skóry, przepasana sznurem, do którego przytroczony był kościany grzebień. Przed śmiercią została solidnie nakarmiona. Naukowcy niemieccy wykonali analizę treści żołądkowej i znaleźli produkty pochodzenia roślinnego: zboże i rośliny strączkowe. Szczątki wydatował pionier palinologii okresu międzywojennego Hugo Gross. To on stwierdził, że depozycja torfu, w którym znaleziono zwłoki, nastąpiła na początku epoki żelaza. Szczątki dziewczynki trafiły do Królewca, Niemcy kilkakrotnie je opisali, zrobili zdjęcia. I to w zasadzie wszystko, co dziś wiadomo o 14-latce, bo Rosjanie wyzwalający Królewiec zniszczyli wiele zbiorów królewieckiej Albertyny.

Drugie znalezisko jest efektem prac wieloletniej szefowej Instytutu Archeologii UMK prof. dr hab. Jadwigi Chudziakowej. Badając grodzisko w Gzinie w gminie Dąbrowa Chełmińska w latach 1968-1978, odkryła głębokie, studniowate jamy ofiarnicze z ponad 30 szkieletami ludzkimi. Badaczka oceniła je jako ślad rytualnego kanibalizmu, po tym jak antropolog z toruńskiego uniwersytetu dr Andrzej Florkowski zidentyfikował na szczątkach ślady nacinania, miażdżenia, tłuczenia, łamania i przyjął, że są to ewidentne ślady przygotowania ludzkiego mięsa do konsumpcji. Ta koncepcja przekonała niemieckich badaczy, którzy w dość podobnym czasie odkrywali gród kultury łużyckiej na granicy polsko-niemieckiej w Lossow, będącym częścią Frankfurtu nad Odrą. Tam odkopali podobne szkielety i w materiałach z badań opisali znalezisko jako ślady rytualnego kanibalizmu, podobne do tych w Gzinie. To dwa najistotniejsze punkty w Europie, jeśli chodzi o takie osobliwe historie.

Naukowiec wiąże duże nadzieje z badaniami szkieletów odnalezionych na Pojezierzu Chełmińskim. – Gdyby datowania radiowęglowe potwierdziły, że mamy do czynienia ze szczątkami z pradziejów, to dziś już mamy możliwości badawcze, żeby z jednej strony ocenić pewne elementy kondycji fizycznej, zdrowotnej tych ludzi, z drugiej strony – miejsce ich pochodzenia – mówi prof. Gackowski. – Oczywiście istotne byłyby tez badania genetyczne, ale najważniejsze jest datowanie i sprawdzenie, czy odnalezione przedmioty metalowe pochodzą z tego samego okresu co kości.

Dziś hipotez na temat pochodzenia ludzkich szczątków w tym miejscu jest wiele. Pojawiły się informacje, że być może to jakiś cmentarz nowożytny, być może choleryczny. Ale mało prawdopodobne jest, by zmarłych grzebano na tak podmokłym lub torfowym gruncie. Niewykluczone, że szkielety to ślad ofiar składanych w podobny sposób jak w kulturze nordyckiej, gdzie topiono “dary” dla swoich bogów. W tym miejscu pojawia się kolejne pytanie, czy ofiary były duszone w wodzie, czy tylko topiono ich zwłoki. Z analiz duńskich wynika, że w związku z tym, że osoby poświęcone bogom miały bardzo zadbane paznokcie, opuszki palców, ułożone fryzury prawdopodobnie wiedziały, że są przeznaczone na ofiarę i nie było im z tym źle. Niestety znalezienie odpowiedzi na te pytania jest dziś bardzo trudne.

“Wiele szczątków, szczególnie tych odkrywanych na przełomie XIX i XX w. było traktowanych jako ślady współczesnych przestępstw i trafiało na policję lub do prokuratury – tłumaczy prof. Gackowski. – Tam leżały i się rozsypywały, aż przyszedł archeolog i ocenił, że to jest archeologia, a nie żadna zbrodnia, ale niestety w tym czasie wiele informacji uległo unicestwieniu”.

Przełom XIX i XX w. był niezwykle ważny dla archeologii. Rozwijało się rolnictwo, pojawiły się maszyny umożliwiając głębszą orkę. To ułatwiało odkrywanie wielu znalezisk archeologicznych. Poza tym Prusacy w ramach przygotowań do wojny francusko-pruskiej w 1870 r. osuszyli wiele płytkich akwenów, zamieniając je na pastwiska dla koni. To dlatego w tym okresie ziemia zaczęła “odkrywać” swoje skarby, które trafiały do muzeów m.in. w Berlinie, Gdańsku, Królewcu, Kopenhadze i Sztokholmie.

Naukowcy nie wiedzą, co jeszcze mogą znaleźć w torfie na Pojezierzu Chełmińskim, bo być może na razie udało im się jedynie odkryć niewielką część. Badacze niemieccy w Berlinie-Spandau na podobnym miejscu ofiarnym odkryli pozostałości pomostów prowadzących na płytkie wody jeziora, z których przy okazji uroczystości rytualno-obrzędowych topiono pewne przedmioty. Berlińskie pomosty są nieco starsze niż artefakty znalezione na Pojezierzu Chełmińskim. Ale już w Saksonii odkryto miejsce bliźniaczo podobne do naszego.– Takich świętych miejsc ofiarnych jest z pewnością więcej – mówi prof. Gackowski. – Pod Mysią Wieżą w Kruszwicy zachowały się ślady grodu kultury łużyckiej. Opisanych jest sporo przedmiotów wyciąganych przez rybaków z Jeziora Gopło, ale nie prowadzono wtedy badań pod kątem odkrycia miejsca ofiarnego związanego ze wspomnianym grodem. Dlatego nasze odkrycie jest bez wątpienia bardzo ważne w skali Polski, jeśli nie Europy Środkowej.

autor: Marcin Behrendt/Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, fot. Andrzej Romański/Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, źródło: www.portal.umk.pl


Ostatnio dodane

Nie przegap

Musisz przeczytaćpolecane
teksty wybrane dla ciebie