9,7 C
Warszawa
poniedziałek, 3 października, 2022

Opisał losy ukradzionych, zrabowanych, zniszczonych i odzyskanych polskich skarbów. W listopadzie nowa książka Leszka Adamczewskiego

-

Pisze przede wszystkim o najbardziej pasjonujących epizodach z okresu II wojny światowej. Ale najlepiej wychodzi mu pisanie o zaginionych i czasem też o odnalezionych skarbach. Historie, które opisuje w swoich książkach, mają coś, czego nie ma nigdzie indziej. W drugiej połowie listopada na polskim rynku wydawniczym ukaże się najnowsza książka Leszka Adamczewskiego – poznańskiego pisarza i dziennikarza. “Zagrożone dziedzictwo” to – cytując samego autora – “wyprawy śladami skarbów”. O kilku z nich, ale też o dalszych planach i o działalności polskich detektorystów rozmawiamy z autorem – na miesiąc przed premierą nowej książki.

zdziennikaodkrywcy.pl: – 18 listopada na rynku wydawniczym ukaże się Pana kolejna książka. Po raz kolejny podejmie Pan w niej temat zaginionych skarbów kultury, który pojawiał się w wielu Pańskich książkach. Czym zaskoczy Pan miłośników swojej twórczości w “Zagrożonym dziedzictwie”?

Leszek Adamczewski: – Książkę tę zatytułowałem zrazu „Kradzione nie tuczy”. Bo o tym jest właśnie ona. O ukradzionych, zrabowanych i zniszczonych, ale także o odzyskanych szeroko pojętych skarbach kultury. Stąd też obok rozdziału o staraniach podejmowanych w sprawie powrotu do Polski skarbów narodowych po wojnie przechowywanych w Kanadzie, znajdują się rozdziały o jedynym w Polsce obrazie Rubensa, który w latach 70. spłonął w kaliskim kościele świętego Mikołaja. Jeden z rozdziałów poświęcam zniszczeniu przez Polaków przepięknej świątyni w Świnoujściu dlatego, że dla miejscowych był to kościół niemiecki. Do dzisiaj pozostała z niego tylko wysoka wieża, a ocalała ona dlatego, że zdążono ją umieścić na wojskowych mapach topograficznych.


– O jakich zaginionych skarbach i zabytkach przeczytamy w Pana najnowszej książce?

– Piszę między innymi o Pięknej Madonnie z toruńskiego kościoła świętych Janów, która uchodzi za najcenniejszy – obok Portretu młodzieńca Rafaela – zabytek zaginiony podczas drugiej wojny światowej. O wojennych i powojennych losach tej średniowiecznej rzeźby wiemy dzisiaj sporo, a mimo to nie udał o się jej odzyskać. Do dzisiaj za cud uchodzi odnalezienie zamurowanego w piwnicznym schronie obecnego Muzeum Narodowego w Poznaniu największego obrazu Matejki „Dziewica Orleańska”. Cud, gdyż nikt z tych, którzy obraz ów ukryli w tej sposób, nie przeżył wojny, a żadnych pisemnych wskazówek nie zostawili. Sporo miejsca poświęcam Gdańskowi w pierwszych miesiącach po wojnie, gdy radziecka brygada trofiejna szukała tam skarbów. A tymi, które odnalazła, dzieliła się z Polakami, co było ewenementem w działalności tychże brygad. Osobiście uważam, że najlepszym w tej książce rozdziałem jest ten, w którym przedstawiam losy obrazu meksykańskiej artystki Fridy Kahlo „Zraniony stół”. Obraz ów, który dzisiaj wart byłby grube miliony dolarów, w 1955 roku zaginął w… Warszawie. Zaginął bez śladu.

– Prześledził Pan setki historii o skarbach kultury zaginionych w czasie II wojny światowej. Tylko niewielką część z nich udało się odnaleźć, często w przypadkowych okolicznościach. Co, Pana zdaniem, przepadło na zawsze, a co ma szansę się jeszcze odnaleźć?

– Przepadła na zawsze, i to już w kwietniu 1945 roku, Bursztynowa Komnata. Jej poszukiwania nie mają żadnego sensu. I o niej mowa jest również w „Zagrożonym dziedzictwie”. Nie chcę natomiast zgadywać, co w bliższej lub dalszej przyszłości się jeszcze znajdzie. Nie jestem wróżką.

– A cała sprawa ze słynnym “złotym” pociągiem? Ile jest w niej prawdy?

– Od samego początku przypomnianej w sierpniu 2015 roku sprawy „złotego pociągu” uważałem, a głosiłem to publicznie, że to mit. „Złotego pociągu” nigdy nie było ani w Wałbrzychu, ani w podjeleniogórskich Piechowicach.

– Kilka lat temu nastolatek odkrył przypadkiem pod Iławą kankę z pałacowym archiwum rodziny von Finckenstein. Było tam mnóstwo dokumentów, cenne rzeczy osobiste. To pokazało, że depozyty z okresu II wojny światowej kryć się mogą wszędzie. Pan przeanalizował setki podobnych historii. Jest jakiś element wspólny? Gdzie, Pana zdaniem, należałoby szukać takich depozytów?

– Nie powinienem o tym mówić czy pisać, bo można to uznać za współudział w przestępstwie, ponieważ szukanie skarbów za pomocą wykrywaczy metali jest nielegalne. Można dyskutować o obowiązującym prawie, ale to temat na inną dyskusję. Na marginesie sprawy archiwum rodziny von Finckensteinów dodam tylko, że tego typu skarbczyki przydomowe w zdecydowanej większości zostały już odnalezione i nie jest tajemnicą, gdzie. Znajdowano je na ogół na ziemiach zachodnich, tam skąd w latach powojennych wysiedlano ludność niemiecką.

– Ma Pan na swoim koncie trzydzieści książek. I, jak sądzę, to nie koniec. Nad czym Pan obecnie pracuje?

– Ja mam już swoje lata i nie wiem, czy uda mi się dokończyć to, co zaplanowałem. W każdym razie na razie pracuję na kontynuacją wydanej wiosną 2019 roku książki „Katastrofy”. Proszę mi wierzyć, że szukanie informacji o mało lub w ogóle nieznanych katastrofach i wypadkach w powojennych dziejach Polski jest równie pasjonujące, co szukanie skarbów.

– Jakie jest Pana zdanie na temat współczesnych poszukiwaczy skarbów – detektorystów?

– Nie mam zdania o współczesnych poszukiwaczach skarbów – detektorystach. Raz, że to praktycznie – poza oficjalnymi poszukiwaniami – pasja nielegalna, chociaż tu i ówdzie tolerowana. Dwa, że nigdy się tym nie pasjonowałem. I nigdy też nie przeżyłem rozczarowania, że mój wysiłek poszedł na marne, bo nie znalazłem tego, czego szukałem.


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ostatnio dodane

Nie przegap

Musisz przeczytaćpolecane
teksty wybrane dla ciebie