W międzywojennym Stettinie Polaków można było policzyć na palcach kilku rąk. W połowie 1945 roku Szczecin znalazł się w granicach Polski, a Polacy szybko spolonizowali to miasto. Wśród kilkudziesięciu sensacyjnych i dramatycznych epizodów z wojennych dziejów prowincji pomorskiej Rzeszy w książce znajdują się opisy skutków alianckich nalotów na Szczecin i Świnoujście.

Poznajemy tajemnice sanatorium w Połczynie-Zdroju i stodoły w Podgajach, w której żywcem spłonęli żołnierze polscy. Wraz z Leszkiem Adamczewskim Czytelnik podąży tropem hitlerowskich “cudownych broni”, głównie rakiet V-2, Rheinbote i Rheintochter oraz zwiedzi schrony bojowe Wału Pomorskiego i przeciwlotnicze w Szczecinie. Sporo miejsca w książce poświęcono też wojennym losom pomorskich skarbów kultury.

Reklama

Fragment rozdziału:

Zagłuszony krzyk
(…)Studia terenowe nad opracowaniem odpowiedniej struktury umocnień na Pomorzu Zachodnim sztabowcy niemieccy prowadzili już od 1928 roku, ale dopiero po dojściu Hitlera do władzy zaczęły się one materializować w postaci pierwszych, dość prymitywnych jeszcze stanowisk obronnych. Od 1935 roku zaczęto wznosić tu żelbetowe schrony różnych typów: od biernych i obserwacyjnych po bojowe, w tym również duże i ciężkie schrony o stropach i ścianach półtorametrowej grubości. W sumie na 230 kilometrach Pommernstellung wybudowano około 900 żelbetowych schronów różnych typów, a więc średnio cztery na kilometr. W tak zwanych otwartych korytarzach terenowych, czyli obszarach pozbawionych naturalnych przeszkód, postanowiono wybudować najsilniejsze grupy warowne (Werkgruppe), które składały się z kilku obiektów bojowych różnych typów, połączonych chodnikami podziemnymi. W pasie umocnień pomorskich znalazło się ich pięć: w Deutsch Krone, Strahlenbergu, Rederitz, Graben i Hochfelde (Wałczu, Strzalinach, Nadarzycach, Grabnie i Śmiadowie). Dzisiaj wiemy, że oba pasy fortyfikacji niemieckich (międzyrzecki i pomorski) były w latach 30. XX wieku zaprojektowane i zbudowane na miarę pierwszej, ale już nie drugiej wojny światowej. Nie mogły one na długo zatrzymać nacierających. Na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku sztabowcy niemieccy zakładali, że wstrzymają one natarcie Polaków przez mniej więcej dwa tygodnie, minimum potrzebne na przeprowadzenie mobilizacji.

Na początku 1945 roku za pasem umocnień Pommernstellung skoncentrowano zgrupowanie Grupy Armii „Weichsel”, wprawdzie silne i dobrze uzbrojone, lecz nieudolnie dowodzone przez Himmlera, który nie miał żadnego doświadczenia wojskowego. Stratedzy Hitlera zakładali, że z Pomorza wyjdzie silny kontratak z zadaniem rozbicia nacierających na Berlin dywizji radzieckich. Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej nie zlekceważyło jednak tego niebezpieczeństwa i zanim zdecydowano się uderzyć na Berlin, postanowił rozbić zgrupowanie wojsk Himmlera.

W tych okolicznościach na początku lutego 1945 roku doszło do bitwy o Wał Pomorski, w której – obok jednostek radzieckich – wzięła udział 1. Armia Wojska Polskiego.

28 stycznia w podbydgoskim Maksymilianowie dowódca 1. Armii Wojska Polskiego generał Stanisław Popławski otrzymał od dowódcy 1. Frontu Białoruskiego marszałka ZSRR Gieorgija Żukowa dyrektywę numer 00187/Op., która wyznaczała armii nowe zadania. Miała ona od 29 stycznia nacierać w kierunku zachodnim na Buschdorf (Zakrzewo), Jastrow (Jastrowie), Haugsdorf (Iłowiec) oraz Zachan (Suchań) i 6 lutego wyjść na brzeg Odry w rejonie Fiddichow (Widuchowej). Jak nierealne było to zadanie, miało się już wkrótce okazać.

Realizując dyrektywę Żukowa, żołnierze 1. batalionu 11. Pułku Piechoty 4. Dywizji Piechoty imienia Jana Kilińskiego w nocy z 29 na 30 stycznia jako pierwsi przekroczyli przedwojenną granicę polsko-niemiecką w pobliżu miejscowości Dorotowo i wkrótce dotarli do Flatow. Jak już była mowa, Polacy zdobyli Złotów rankiem 31 stycznia. Od południa tego dnia aż do północy 2 lutego żołnierze polscy w ciężkich bojach zdobywali miasteczko Jastrow. 4 lutego oddziały 1. Armii Wojska Polskiego stanęły przed pozycją główną Wału Pomorskiego. (…)

Leszek Adamczewski

Znany i ceniony poznański pisarz i dziennikarz, swoimi świetnie napisanymi reportażami historycznymi porywa czytelnika w samo serce tajemnic z czasów II wojny światowej. Na początku każdego pomysłu na książkę zawsze tkwi pasja autora, wytrwale tropiącego ślady III Rzeszy na terenach współcześnie polskich i cierpliwie wyjaśniającego zagadki z nimi związane. Dzięki doskonałemu warsztatowi oraz ujawniającej się na kartach znajomości tematu, jego publikacje cieszą się niesamowitą popularnością zarówno wśród miłośników historii, jak i amatorów ciekawej lektury w ogóle.

Jednymi z ostatnich dowodów uznania dla pióra – i wiedzy – autora były: nominacja książki “Łuny nad jeziorami” do Literackiego Wawrzynu – Nagrody Warmii i Mazur za rok 2011 oraz nominacja książki “Zmierzch bogów w Posen” do Nagrody im. Józefa Łukasiewicza, najlepszej książki o Poznaniu. Najnowsze dzieła Adamczewskiego to efekty dokładnych badań konkretnych rejonów Polski i wielu wypraw na tamte tereny. Materiały do swoich kolejnych książek autor zbiera samodzielnie – i być może tu właśnie tkwi największa siła jego opowieści, która przysporzyła mu rzeszę oddanych czytelników.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here