Blask ukrytego złota. Dolnośląskie tajemnice wojenne

0

Blask ukrytego złota nieustannie rozpala wyobraźnię i wabi poszukiwaczy. Dolny Śląsk, jak długi i szeroki, od 1945 roku penetrują eksploratorzy. Historycy zaś namiętnie przeglądają archiwalne dokumenty i studiują stare gazety. Wszyscy liczą, że to właśnie im uda się wyjaśnić tajemnicę „złota Wrocławia” czy innych skarbów, które Niemcy mieli ukryć w tej prowincji Trzeciej Rzeszy.

Poszukiwacze zapuszczają się w mroki poniemieckich sztolni, do rozpadających się ze starości fabryk, zawalonych kopalń, w ruiny dolnośląskich pałaców i do zamków, chcąc zgłębić zagadki ich konstrukcji i przeznaczenia. Leszek Adamczewski podąża w ślad za nimi. Opisuje niezwykłe miejsca i tajemnicze zdarzenia, jakie miały miejsce na Dolnym Śląsku podczas wojny i po jej zakończeniu.

Leszek Adamczewski – poznański pisarz i dziennikarz, urodzony w 1948 roku w Szczecinie. Od 2009 roku współpracuje z Wydawnictwem Replika. W Blasku ukrytego złota sięga ponownie do tematów opisywanych przez siebie na przełomie XX i XXI wieku w licznych publikacjach prasowych.

Reklama

Spis treści

Na Zakręcie Śmierci, czyli zamiast wstępu ▪ 7
Blask ukrytego złota ▪ 19
Miasto pod miastem? ▪ 55
Tajemnica Stadionu Olimpijskiego ▪ 77
Supertajne komando Wetterstelle ▪ 89
Pierwsze zdanie ▪ 99
Tajemnice Wałbrzycha ▪ 107
Przed wodoszczelnymi drzwiami ▪ 119
Ukryte ciężarówki ▪ 125
Tajemniczy Dzikowiec ▪ 133
Skarby „złotego pociągu” ▪ 141
Zalana studnia ▪ 151
Czekają na odkrywcę? ▪ 159
W podziemnym labiryncie ▪ 169
Skanowanie Góry Zamkowej ▪ 185
Gdy przemysł schodził pod ziemię ▪ 201
Tajna akcja na cmentarzu ▪ 215
Piekło Hartmannsdorfu ▪ 225
Tajemnica pałacu „cesarzowej” ▪ 235
W cieniu hamowni Junkersa ▪ 243
Co będzie za zaspawaną bramą? ▪ 253
Strzelanina koło stacji Rückenwaldau ▪ 263
worek pełen skarbów ▪ 271
W cieniu zamku Czocha ▪ 285
Odprawa księcia Carolath-Beuthen ▪ 299
Zagadka pozamkowych lochów ▪ 305
Ratunek w zaporach ▪ 311
Skarby w piwnicy przy Tatarskiej 1 ▪ 321
Ukryte depozyty? ▪ 335
Bibliografia ▪ 345

Tajemnica Stadionu Olimpijskiego

15 grudnia 1964 roku w Hanowerze zmarł Richard Konwiarz. Kilka lat wcześniej, w połowie lat 50. XX wieku, do Stanisława Derkacza z wrocławskiej Izby Skarbowej dotarła informacja, że pewna autochtonka za milion ówczesnych złotych gotowa jest zdradzić, jak najprościej można dostać się do rozległych podziemi mających znajdować się na głębokości 20–40 metrów pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu. Ostatecznie jej oferty nie przyjęto. Co łączy te dwa zdarzenia? Osoba Richarda Konwiarza (niektóre źródła podają jego nazwisko w wersji Konwiartz). On to bowiem w 1924 roku zaprojektował miejski park sportowy na terenie osiedla Leerbeutel. Ów zespół obiektów sportowych z centralnym stadionem zbudowano w latach 1925– 1928 i rozbudowano przed Igrzyskami Olimpijskimi w 1936 roku. Za projekt wrocławskiego stadionu Konwiarz na olimpiadzie w Los Angeles w 1932 roku otrzymał brązowy medal. Do 1945 roku Stadion Olimpijski, w ówczesnym Breslau noszący imię Hermanna Göringa, był najpiękniejszym obiektem sportowym w całej Trzeciej Rzeszy, ponoć wyprzedzając w tym względzie nawet reprezentacyjny Stadion Olimpijski w Berlinie. Czy pod wrocławskim stadionem – przez lata zadawano nie tylko we Wrocławiu to pytanie – mogą się znajdować rozległe podziemia? A jeśli tak, to kiedy je zbudowano? Być może przed olimpiadą berlińską albo podczas wojny.

Gdy pod koniec XX wieku próbowałem zgłębić tajemnice Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu, wydawało mi się, że bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza możliwość. Wszak właśnie wówczas powstał stadion w zachowanym do dzisiaj kształcie. Od 1933 rokuprzez kilka najbliższych lat prowadzono tu zakrojone na dużą skalę prace, także ziemne, które zaowocowały powstaniem nie tylko nowej płyty stadionu, ale również nowych trybun dla 60.000 widzów i nowej korony tego obiektu. Zbudowano też lożę honorową, kabiny dla dziennikarzy i kilkunastometrową wieżę zegarową, na której szczycie ustawiono znicz podłączony do miejskiej sieci gazowej. I właśnie w tej wieży – według wspomnianej autochtonki – miała znajdować się winda, którą jej mąż zjeżdżał do podziemi pod Stadionem Olimpijskim. – Wykluczam, by w wieży tej mogła znajdować się tradycyjna winda – na początku 1998 roku powiedział indagowany przeze mnie w tej sprawie Wojciech Stojak, wrocławski eksplorator, który tajemnicy Stadionu
Olimpijskiego poświęcił kilka programów emitowanego w tamtym czasie przez Telewizję Wrocław Klubu poszukiwaczy skarbów. – Ale w wieży mogła być jakaś platforma, zjeżdżająca na przykład na zębatych belkach lub coś podobnego. Mało to prawdopodobne, ale możliwe. W latach 90. XX wieku i na początku następnego stulecia nie tylko na Dolnym Śląsku krążyły opowieści o podziemiach Wrocławia. O ciągnących się kilometrami tunelach, magazynach i pohitlerowskich fabrykach zbrojeniowych. Było w tym trochę prawdy i sporo mitów. Zmarły we wrześniu 2013 roku Wojciech Stojak na początku 1998 roku twierdził, iż spośród wielu takich opowieści najbliższa prawdy jest ta, która wskazuje na podziemia pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu. – Tam coś jest – powiedział dosłownie. Ten rejon ówczesnego Breslau, gdzie w latach międzywojennych zbudowano kompleks obiektów sportowych ze Stadionem Olimpijskim, w rękach Niemców znajdował się aż do końca, czyli do podpisania aktu kapitulacji miasta przekształconego w twierdzę i zażarcie bronionego w okrążeniu przez 80 dni i nocy. Festung Breslau skapitulowała.

(…)Był rok 1955 lub 1956. Wtedy właśnie Stanisław Derkacz zetknął się z tajemnicą Stadionu Olimpijskiego. Do Izby Skarbowej zgłosiła się bowiem pewna mieszkanka-autochtonka, która oświadczyła, że jej nieżyjący mąż podczas wojny pracował w ogromnym magazynie podziemnym, zlokalizowanym w rejonie Stadionu Olimpijskiego, najprawdopodobniej pod jego główną płytą, bo do pracy zjeżdżał windą znajdującą się w wieży zegarowej, czasami nazywanej dzwonnicą. Autochtonka – według Derkacza – zażądała ogromnej na owe czasy sumy miliona złotych za wskazanie najdogodniejszego wejścia do tychże podziemi. Derkacz poinformował o tym żądaniu swoich przełożonych, ale odpowiedź nigdy nie nadeszła.

– Pana Derkacza poznałem osobiście kilka lat temu. Z kamerą byłem w jego mieszkaniu. Długo rozmawialiśmy. To nie był mitoman żyjący w urojonym przez siebie świecie ukrytych skarbów. To był człowiek twardo chodzący po ziemi. On rozmawiał z tą autochtonką, usłyszał pewną opowieść, przekazał ją dalej i zanim zapomniał o całej sprawie, zainteresował nią również władze wojskowe – na początku 1998 roku mówił Wojciech Stojak, który tajemnicy Stadionu Olimpijskiego poświęcił kilka programów telewizyjnego Klubu poszukiwaczy skarbów. Zanim o tajemnicy wrocławskiego Stadionu Olimpijskiego napisałem wówczas dwuodcinkowy artykuł dla „Głosu Wielkopolskiego”, z taśmy VHS odtworzyłem sobie fragment jednego z tych programów Stojaka. Przy stole, na tle kaflowego pieca, siedział starszy mężczyzna. Stanisław Derkacz opowiadał o tajemnicy wrocławskiego stadionu, mówiąc między innymi o znajdujących się w otaczającym stadion parku ruinach ogromnego bunkra, gdzie – według słów autochtonki – miał znajdować się wjazd do podziemi. „Poprosiłem o pomoc specjalistów wojskowych – mówił Derkacz do kamery. – Przyjechali, popatrzyli. Owszem, mogą te zwały betonu wysadzić w powietrze, by odsłonić zawalony wjazd, ale podejrzewali oni, że ów schron mógł być podłączony do Odry i zalany. Mówili, że mieli już taki przypadek koło Żagania. I na tym sprawa się zakończyła”. (…)



ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here