„Tajemnice wydobyte z jeziora” to dla mnie książka przełomowa, bo jako pierwsza lub jedna z pierwszych pokazuje, że czytelnika w Polsce nie trzeba tumanić obietnicami o odkrywaniu skarbów. Pokazuje ona, jak eksploracja wygląda naprawdę – od początku do końca. I to jej największa siła. O akcji poszukiwawczej prowadzonej w ostatnich latach w warmińskich jeziorach, a także o innych wątkach z obszaru poszukiwań skarbów i eksploracji rozmawiam z Robertem Kudelskim – współautorem książki „Tajemnice wydobyte z jeziora”.

zdziennikaodkrywcy.pl: – We wstępie do „Tajemnic wydobytych z jeziora” dziękujesz między innymi Zbigniewowi Nienackiemu. Za co? W tym samym wstępie piszesz, że bywałeś w latach młodości na Warmii i Mazurach. Miałeś okazję odwiedzić Jerzwałd? Być na cmentarzu, na którym spoczywa autor serii „Pan Samochodzik i…”?

Robert Kudelski: – Zbigniew Nienacki miał ogromny wpływ na ukształtowanie się mojej pasji poszukiwacza tajemnic. Jego książki były jednymi z pierwszych, które przeczytałem. W czasie gdy moi koledzy myśleli o tym żeby zostać strażakiem, policjantem lub żołnierzem ja chciałem być archeologiem. Nienackiemu chciałem więc podziękować (z czym zgadza się mój kolega i współautor „Tajemnic wydobytych z jeziora”) za inspirację do badań tajemnic przeszłości (szczególnie tych związanych z II wojną światową). Oczywiście byłem w Jerzwałdzie, ale dopiero na początku XXI wieku.

– Czytelnicy kojarzą Roberta Kudelskiego z Dolnym Śląskiem. Co stało się, że przeniosłeś się ze swoją pasją na teren dawnych Prus Wschodnich? Czyżby polski rynek wydawniczy przesycił się już publikacjami o Wałbrzychu, Riese, złocie, sztolniach, kopalniach i przyszedł czas, by na moment przesunąć środek ciężkości na północ?

– Jak napisaliśmy we wstępie „Tajemnic wydobytych z jeziora” ta książka powstała z myślą o wakacjach i jest skierowana przede wszystkim do osób, które chciałyby spędzić ciekawie czas urlopu na Warmii i Mazurach. „Ciekawie” znaczy poznać historię tych terenów oraz lokalne legendy i relacje związane z ukrytymi skarbami, zatopionymi transportami, itp. Dla mnie jako autora wielu różnych publikacji (nie tylko książek, ale i artykułów) praca nad „Tajemnicami wydobytymi z jeziora” również była formą relaksu – podkreślam jednak, że to chwilowy odpoczynek między kolejnymi badaniami dotyczącymi tajemnic Dolnego Śląska. To właśnie tam skupia się wiele wątków związanych z tematyką, która mnie pasjonuje – zaginionymi kolekcjami muzealnymi, zabezpieczaniem dzieł sztuki, ukrywaniem cennych dóbr pod koniec wojny, pracami nad udoskonalaniem niemieckiej techniki wojennej. Już wracam do pracy nad książką poświęconą właśnie tej tematyce.

– Masz na swoim koncie kilkanaście książek. Gdzie wśród nich znajdują się „Tajemnice wydobyte z jeziora”?

– Każda książka jest nową przygodą. W zasadzie jest relacją z badań nad tematyką, która w danym momencie mnie wciągnęła. Znowu nawiążę do idei Nienackiego – trzeba oczekiwać na zaproszenie przygody, a później umiejętnie podążać za jej wskazówkami. „Tajemnice wydobyte z jeziora” jest książką inną od poprzednich – staraliśmy się by miała lekką narrację, dotyczyła historii tego co zatonęło, weryfikowała lokalne legendy i stanowiła relację z poszukiwań prowadzonych przez autorów w wodach jeziora Bęskiego i Luterskiego.

– Czy wydarzyło się w trakcie akcji poszukiwawczych coś, czego nie opisaliście w książce lub coś, czego po prostu nie mogliście opisać?

– Oczywiście w trakcie poszukiwań i pracy nad tą książką wydarzyło się wiele interesujących rzeczy, z których część nie mogła się znaleźć na kartach książki – jednak niektóre tajemnice muszą pozostać tajemnicami. Być może przyjdzie czas żeby je dokładniej zbadać, a później opowiedzieć. To co możemy zdradzić to fakt, że już po oddaniu książki do druku (wciąż mamy aktualne pozwolenie na prowadzenie poszukiwań) udało nam się wydobyć kolejne „skarby” – fragment stalowych osłon pancerza czołgu, różne elementy jego wyposażenia, koła wozu drabiniastego, itp. Poszukiwania nie mają końca. Zawsze można znaleźć coś ciekawego.

– Prowadziłeś wiele akcji poszukiwawczych na Dolnym Śląsku. Wchodząc na teren Warmii i Mazur musiałeś zdobyć pozwolenie Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków i kilku innych instytucji. Było trudno? Inaczej niż na południu?

– Każda sprawa jest inna – podobnie jest ze zdobyciem pozwolenia na prowadzenie poszukiwań. Wszystko zależy od wiarygodności poszukiwacza i przychylności służb konserwatorskich. Oczywiście zawsze zajmuje to więcej czasu niż poziom cierpliwości poszukiwacza, ale warto mieć możliwość spokojnego i legalnego badania. To duży komfort. Dlatego namawiamy poszukiwaczy na zalegalizowanie swojego hobby.

– Z pewnością próbujesz rozwikłać już kolejne zagadki historii. Zdradź, czego dotyczyć będzie twoja kolejna książka.

– Zgodnie z zapowiedzią „Tajemnice wydobyte z jeziora” były przerwą od innej tematyki. Jednak wkrótce wracam do „moich” tematów – kolejna książka będzie o nazistowskim złocie. Będzie oparta na faktach, co pozwoli uwiarygodnić historię związaną z ukrywaniem ostatnich depozytów III Rzeszy.

– Od prawie roku Polska żyje sprawą „złotego pociągu”. Wszyscy czekają na rozpoczęcie akcji poszukiwawczej. Jakie jest twoje zdanie na ten temat? Co znajduje się na słynnym 65 kilometrze?

– Chociaż bardzo bym chciał, by wreszcie w Polsce odnaleziono jakiś duży skarb, to jestem bardzo sceptyczny jeśli chodzi o sprawę „złotego pociągu”. Nie jest możliwe by w rejonie Wałbrzycha ukryto skład wiozący złoto o wadze kilkuset ton – tyle liczyły całe zasoby posiadane przez III Rzeszę pod koniec wojny (zresztą prawie wszystkie odnaleziono po wojnie).

– Tu, na północy, naszym „złotym pociągiem” jest bursztynowa komnata. Według ciebie pozostała w Królewcu i tam spłonęła? Czy może Niemcy zdołali ją ukryć? A jeśli tak, to jaka lokalizacja jest według ciebie najbardziej prawdopodobna?

– Wierzę że Bursztynowa Komnata istnieje. Z całą pewnością nie spłonęła w Królewcu bo w innym przypadku służby radzieckie nie prowadziłyby kilkudziesięcioletnich poszukiwań tego dzieła sztuki. I nie podzielam opinii, że prowadzone poszukiwania miały ukryć fakt, że spalili ją pijani żołnierze radzieccy. Przy takim założeniu wystarczyłoby rozpowszechniać legendę, że została zniszczona w czasie alianckiego nalotu lub spłonęła w czasie walk o Królewiec. Takie dzieła sztuki nie zostają porzucone na pastwę przypadku. Zresztą niedługo pojawi się duża i interesująca książka (nie mojego autorstwa) na ten temat.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here