Paweł Łuczyński (zdjęcie ze zbiorów Roberta Kielka)

Ta historia z powodzeniem mogłaby posłużyć jako materiał do scenariusza filmu. O wojnie, o bohaterstwie, o ludziach, których połączył los. I o tym, jak wielką rolę w odkrywaniu historii odgrywają pasjonaci.

Ta niezwykła historia rozpoczęła się 7 września 1939 roku. To wtedy młody, zaledwie 24-letni ppor.pil. Paweł Łuczyński, który miał już na swoim koncie zestrzelenie dwóch niemieckich Dornierów Do-17, po raz ostatni w tamtej wojnie wzbił się w powietrze. W pogoni za bombowcem, w okolicach wsi Wrząca i Gruszczyce, w trakcie manewrowania swoim PZL P.11c, zawadził o czubek korony drzewa, po czym spadł na ziemię. Całe zdarzenie obserwowali mieszkańcy Wrzącej, którzy bez namysłu popędzili w stronę maszyny.

Reklama

Paweł Łuczyński tkwił w zmiażdżonej kabinie samolotu – informuje Robert Kielek, który dokładnie prześledził wydarzenia sprzed 77 lat. – Miał złamaną nogę i poranioną twarz. Dwóch mieszkańców wsi: Pawlik i Kazimierczak przetransportowali go do domu Franciszka Popłonikowskiego, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Tam odnaleźli go Niemcy – dodaje.

Łuczyński, po pobycie w szpitalu we Wrocławiu, trafił do oflagu w Colditz, następnie do Prenzlau, a stamtąd do Neubrandenburg. Po zakończeniu działań wojennych pozostał w amerykańskiej strefie okupacyjnej. W 1949 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł w miejscowości Bismark, a następnie Niagara Falls.

Do tego momentu historia ta pokrywa się z wieloma podobnymi epizodami i biografiami polskich żołnierzy z tego okresu. I w tym miejscu można by zakończyć całą opowieść, gdyby nie nieoczekiwany splot okoliczności.

W latach ’90 Paweł Łuczyński Longin (pseudonim „Longin” przyjął służąc po wojnie w Brygadzie Świętokrzyskiej; stał się on później jego nazwiskiem) odnalazł rodzinę Popłonikowskich, która we wrześniu 1939 roku udzieliła mu pomocy. Odwiedził też miejsce, w którym rozbiła się jego maszyna.

Do Popłonikowskich trafił po emisji komunikatu w I Programie Polskiego Radia, w którym prosił o kontakt swoich wybawców lub ich potomków. Kontakt udało się nawiązać dzięki uczniowi szkoły w Błaszkach, który wysłuchał wcześniej opowieści o Łuczyńskim z ust Józefa Popłonikowskiego. To on kilka lat później usłyszał komunikat w radiu, a z informacją popędził do domu Popłonikowskich. Tak doszło do niezwykłego spotkania po latach.

Po latach o Pawle Łuczyńskim „Longinie” usłyszał historyk-amator lotnictwa polskiego Robert Kielek, który wcześniej interesował się historią „Karasia” ppor. Tadeusza Króla. Dziś w miejscu katastrofy samolotu, między innymi dzięki jego zaangażowaniu, znajdują się symboliczny krzyż i pomnik z tablicą, upamiętniającą poległych żołnierzy (ppor. Tadeusza Króla i kpr. Ignacego Mularczyka). – Kiedy ucichła salwa honorowa w Kozach pod Sieradzem, w miejscu rozbicia się „Karasia”, postanowiłem odszukać wszystkie okoliczne miejsca katastrof lotniczych z 1939 roku – wspomina. – Tak trafiłem do Wrzącej. Odwiedziłem miejsce katastrofy samolotu ppor. Pawła Łuczyńskiego, trafiłem do domu Popłonikowskich. Paweł Popłonikowski, wnuk Józefa, opowiedział mi wszystko, co zapamiętał z opowiadań dziadka na temat historii z 7 września. Dodał, że jeszcze w czasie, gdy Łuczyński przebywał u nich w domu, jego ojciec z bratem zakopali na polu depozyt z mapą i bronią osobistą pilota. Przedmioty te zabezpieczono uprzednio smarem i szmatami, a następnie złożono w skrzyni – dodaje.

Robert Kielek zainteresował sprawą innych pasjonatów lotnictwa, w tym kolegów ze stowarzyszenia „Wizna 1939”. Ta rozpoczął się kolejny rozdział historii.

Pasjonaci, dysponując odpowiednim sprzętem i pozwoleniami, postanowili odnaleźć drewnianą skrzynię. Pierwsze podejście nie przyniosło rezultatu. Próbę ponowiono 16 marca 2016 roku. Tego dnia, w miejscu wskazanym przez Pawła Popłonikowskiego, natrafiono na drewnianą skrzynię. Znalezisko trafiło do Muzeum Okręgowego w Sieradzu, gdzie dokonano jego otwarcia. Wszystkiemu, z dumą i nieskrywanym wzruszeniem, przyglądali się Robert Kielek, Dariusz Szymanowski (prezes stowarzyszenia „Wizna 1939”),  Adam Golański, archeolog, który wspomagał pasjonatów wiedzą i doświadczeniem, czuwając nad całością prac, a także Paweł Popłonikowski.

Tak zakończyła się historia, która rozpoczęła się 7 września 1939 roku. Historia, która nie znalazłaby takiego finału, gdyby nie sieradzccy miłośnicy lotnictwa na czele z Robertem Kielkiem i członkowie stowarzyszenia „Wizna 1939”. To zresztą nie pierwsza inicjatywa i nie pierwsza zagadka, która nie zostałaby rozwikłana, gdyby nie sam Robert Kielek. Ale o tym opowie on sam, w obszernym wywiadzie, który już niedługo ukaże się na stronach zdziennikaodkrywcy.pl.

Michał Młotek, fot. Robert Kielek

Reklamaksiazkioposzukiwaczach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here