Herszel Grynszpan z policjantem (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego)

31 marca 1938 roku Prezes Rady Ministrów i jednocześnie minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj Składkowski złożył swój podpis pod ustawą, która w jednej chwili pozbawiła obywatelstwa Polaków przebywających nieprzerwanie poza granicami kraju od co najmniej pięciu lat. W rzeczywistości adresatami nowego zarządzenia miało stać się ponad siedemdziesiąt tysięcy polskich Żydów, którzy mieszkali na terenie Niemiec i Austrii. W obliczu narastających w III Rzeszy antyżydowskich nastrojów, władze polskie chciały zablokować ich powrót i ponowne osiedlenie się nad Wisłą.

Represje wobec ludności żydowskiej pochodzenia polskiego, która zamieszkiwała na terenie Niemiec, rozpoczęły się ponad pół roku później. 26 października 1938 roku Reinhard Heydrich, pełniący w tym czasie obowiązki szefa Policji Bezpieczeństwa, wydał rozporządzenie o wydaleniu z Niemiec wszystkich polskich Żydów. Rozkazy wykonywano natychmiast – Żydom dostarczano nakazy deportacji, po czym, często nie pozwalając zabrać ze sobą nawet bagażu, eskortowano ich na najbliższe dworce kolejowe. Stamtąd, w zaplombowanych pociągach, przewożono do granicy z Polską. W ten sposób w wyniku akcji, która przeszła do historii jako Polenaktion, wydalono z Niemiec przeszło 17 tysięcy osób.

W nocy z 27 na 28 października 1938 roku, po wielu godzinach jazdy, w okolicach stacji granicznej w Zbąszynku znalazło się około 6 tysięcy Żydów polskiego pochodzenia. Polskie władze nie zezwoliły na ich wjazd na teren kraju. Żydzi, nie mogąc ani wjechać do Polski, ani wrócić do Niemiec, stali się bezpaństwowcami pilnowanymi z dwóch stron przez kordony wojska polskiego i niemieckiego. Tylko nielicznym udało się przedostać do Polski. Reszta znalazła schronienie w urządzonym naprędce obozie dla wysiedlonych w Zbąszynie. Zbliżały się jednak zimowe miesiące a sytuacja stawała się coraz bardziej tragiczna. Ludzie, bez wody, jedzenia, w chłodzie, nie mając żadnych nadziei, popadali w obłęd i odbierali sobie życie. W opanowaniu sytuacji nie pomagały próby pomocy ze strony żydowskich i polskich organizacji charytatywnych.

W grupie deportowanych Żydów, którzy dotarli do granicznej stacji kolejowej w Zbąszynku, znaleźli się pochodzący z Hanoweru Zendel i Ryfka Grynszpanowie wraz z synem Mordechajem i jego żoną Bertą. 31 października 1938 roku Bercie udało się wysłać do szwagra pocztówkę, w której opisała trudną sytuację wysiedlonych. Herszel Grynszpan, młodszy brat Mordechaja, przebywał w tym czasie w Paryżu. Pocztówka ze Zbąszynia dotarła do niego 3 listopada 1938 roku. 4 dni później Herszel zdecydował się na krok, który – jak się później okazało – posłużył nazistom za pretekst do wywołania ogólnoniemieckiego pogromu Żydów.

W poniedziałek 7 listopada 1938 roku młody Herszel napisał na odwrocie kartonowej pocztówki pożegnalny list do swoich rodziców. „Serce krwawi, kiedy słyszę o waszej tragedii i 12 tysięcy Żydów – pisał tego dnia we wczesnych godzinach rannych. – Muszę zaprotestować tak, żeby cały świat się dowiedział o moim proteście. Uczynię to. Przebaczcie mi”. Po wyjściu z domu ciotki, u której przebywał, udał się do niewielkiego sklepu z bronią. Za 235 franków kupił mały rewolwer i pudełko naboi, które włożył do kieszeni płaszcza. Z Rue du Faubourg Saint Martin udał się na Rue de Lille, gdzie wszedł do hotelu Beauharnais, nazwanego tak na cześć francuskiego generała walczącego w czasie wojen napoleońskich. W zbudowanym w pierwszej połowie XVIII wieku hotelu mieściła się w tym czasie niemiecka ambasada.

Po wejściu do budynku Herszel Grynszpan poprosił o pilne spotkanie z niemieckim ambasadorem – hrabią Joannesem von Welczka. Przyjął go jednak nie ambasador a trzeci sekretarz ambasady – młody niemiecki dyplomata Ernst vom Rath. Zdenerwowany Herszel, myśląc, że ma przed sobą niemieckiego ambasadora, strzelił do niego pięć razy krzycząc przy tym: „Ohydny szkopie, to masz za dwanaście tysięcy Żydów”. Ernst vom Rath, raniony dwukrotnie w brzuch, mimo najlepszej lekarskiej opieki nie przeżył zamachu. Zmarł dwa dni później, 9 listopada 1938 roku.

Pogrzeb młodego niemieckiego dyplomaty odbył się 17 listopada 1938 roku w Düsseldorfie. Wzięli w nim udział najważniejsi członkowie NSDAP na czele z Adolfem Hitlerem i Joachimem von Ribbentropem. Ten ostatni powiedział: „Rozumiemy wyzwanie i przyjmujemy je”. Zabójstwo Ernsta vom Ratha posłużyło nazistom jako pretekst do rozpoczęcia na masową skalę prześladowań ludności żydowskiej. W całych hitlerowskich Niemczech trwał już w tym czasie pogrom Żydów. Zamordowano prawie 100 osób narodowości żydowskiej, zbezczeszczono kirkuty, palono synagogi.

Herszel od razu oddał się w ręce policji. Wybuchu wojny doczekał we francuskim więzieniu. Po ataku Niemiec na Francję został przetransportowany wraz z innymi więźniami w głąb kraju. Kilka dni później, za przyzwoleniem strażników, udało mu się uciec z transportu. Nie zdołał się jednak ukryć na długo, gdyż wkrótce wyśledzili go policjanci będący na usługach rządu Vichy. Skazano go na 20 lat więzienia. W 1941 roku został przekazany Niemcom, którzy przewieźli go do Berlina. Zmarł najprawdopodobniej około 1942 roku w więzieniu w Magdeburgu.

Nieco więcej szczęścia miał Dawid Frankfurter, który 4 lutego 1936 roku za propagowanie antysemityzmu i nazizmu zastrzelił kierującego zagranicznym oddziałem NSDAP w Szwajcarii Wilhelma Gustloffa. Frankfurter, młody student medycyny żydowskiego pochodzenia, został skazany za morderstwo na 18 lat więzienia. Tuż po zakończeniu wojny, po 9 latach od ogłoszenia wyroku, został ułaskawiony i osiedlił się w Tel Awiwie. Zmarł tam 19 lipca 1982 roku. Zabójstwo Gustloffa, którego dokonał młody Dawid Frankfurter (w dniu zamachu nie miał skończonych nawet 27 lat), podaje się dziś jako jeden z pretekstów do przeprowadzenia pogromu ludności żydowskiej, który miał nastąpić z całą siłą po zabójstwie Ernsta vom Ratha.

Sama Polenaktion ma jeszcze jeden ciekawy wątek. W nocy z 27 na 28 października Lipsk musiało opuścić prawie 3 tysiące Żydów, którzy w przeszłości mieli związki z Polską. Gdy Oddziały Szturmowe NSDAP pilnowały głównego wejścia do polskiego konsulatu w tym mieście, przez wysoki płot na tyłach budynku przeskakiwały setki Żydów, którym groziła deportacja. Wszyscy oni – za pozwoleniem Feliksa Chiczewskiego, polskiego konsula w Lipsku – otrzymali ważne paszporty polskie, korzystając w ten sposób z ochrony, która przysługiwała obywatelom obcego państwa. Sam Chiczewski przeszedł zaś do historii jako człowiek, który w 1938 roku pokrzyżował plany nazistom. Dzięki jego działaniom uratowano od deportacji prawie 1,5 tysiąca Żydów. Dziś przed budynkiem, w którym w przeszłości mieścił się polski konsulat w Lipsku, znajduje się pamiątkowa tablica, przypominająca o odważnych czynach polskiego konsula.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here