Znamy go jako „Zwiadowcę Historii”. Niewielu wie, że pod tym nickiem kryje się doświadczony poszukiwacz skarbów i specjalista od materiałów wybuchowych, który swoją wiedzą i doświadczeniem wspomagał w tym roku Piotra Kopra i Andreasa Richtera w pracach na słynnym 65 kilometrze. Bartłomiej Stój z Jasła – to on każdego dnia dostarcza nam najświeższych informacje ze świata eksploracji.

zdziennikaodkrywcy.pl – Każdego dnia dbasz o to, by tysiące pasjonatów historii otrzymywało najświeższe informacje ze świata detektoryzmu. Cały czas trzymasz rękę na pulsie. To trudne zadanie?

Bartłomiej Stój: – Czy trudne? Raczej nie w porównaniu do innych poważnych zajęć. Jednak z pewnością czasochłonne. Szczególnie, że od samego początku starałem się podnosić sobie poprzeczkę, a jak wiadomo, z czasem oczekiwania ludzi też rosną. Prowadzenie serwisu ma też drugą, mniej widoczną, a może nawet bardziej wymagającą stronę, czyli odpisywanie na wiadomości. Wiele osób pisze ze swoimi problemami, prośbami i pytaniami, z czasem, można powiedzieć, że stałem się takim „wujkiem dobra rada” a dla niektórych miejscem do identyfikacji. Wiem jednak, że każdy jakoś zaczyna, więc dlatego traktuje wszystkich z szacunkiem i nie ma osoby, której bym nie odpisał.

– Twoje filmy obejrzało łącznie kilkaset tysięcy osób. Takimi statystykami może się chyba pochwalić tylko Deep Digger Dan. Który ze swoich filmów darzysz największym sentymentem?

– Myślę, że film „Słowiańskie czaszki” z odkrycia stanowiska archeologicznego. To było jakieś mistyczne przeżycie i bardzo długo czekałem z publikacją filmu, gdyż badania były i są tam wciąż prowadzone. Mam w sumie jeszcze ponad 30 gigabajtów materiałów z wykopalisk, ale wstrzymałem się z ich publikacją i poczekam, aż prace się zakończą lub przynajmniej posuną znacznie do przodu.

– Przybliżmy tę sprawę czytelnikom. Kilka lat temu odkryłeś nieznane stanowisko archeologiczne na terenie Krakowa. Przeprowadzono tam badania archeologiczne, w których miałeś okazję uczestniczyć. Jak wyglądała współpraca poszukiwacza skarbów z archeologami?

– Z początku raczej patrzono na mnie sceptycznie, jednak z czasem, gdy okazało się, że wszystko było dokładnie tak jak opisałem i miejsce nie zostało „przekopane” tylko zgłoszone, od razu po odkryciu zmienili do mnie podejście. Dodatkowo myślę, że archeolodzy zobaczyli, że posiadam całkiem sporą wiedzę jak na amatora, uważnie ich słucham, stosuję się do zaleceń i całkiem nieźle operuje szpachelką. Chociaż oczywiście moim głównym zadaniem poza plantowaniem i eksploracją grobów była obsługa wykrywacza i namierzanie potencjalnych przedmiotów metalowych na terenie stanowiska. Smutne jest jednak to, że mimo iż spełniłem wszystkie wymagane przez poprzednią ustawę warunki nałożone na osobę, która coś przypadkowo odkryje, konserwator zabytków, któremu od początku mówiłem, że nie chcę nagrody pieniężnej, ale proszę tylko o pamiątkowy dyplom za to odkrycie, do dziś dnia nie złożył wniosku do ministra w tym celu, bo jak się okazuje nawet dyplomu nie może wręczyć bez jego zgody. Ja, będąc trochę naiwny, przy zgłoszeniu nie upomniałem się o protokół z przekazania zabytków i zgłoszenia stanowiska, mogę liczyć tylko i wyłącznie na jego dobrą wolę, której raczej brak.

– Jako członek ekipy „XYZ” pracowałeś na legendarnym 65 kilometrze. Odpowiadałeś za nadzór saperski. Jak wyglądało poszukiwanie „złotego” pociągu z twojej perspektywy?

– Pierwszy raz w życiu miałem okazję pracować przy tak dużym przedsięwzięciu poszukiwawczym. Ilość profesjonalnego sprzętu, zaangażowanych specjalistów i rozmach naprawdę były zdumiewające, żartobliwie mogę powiedzieć, że brakowało tam chyba tylko ludzi od kosmonautyki. Wszystko przez wymagania, które odkrywcy musieli spełnić, aby zadowolić konserwatora zabytków i innych urzędników. I to właśnie oni włożyli w to najwięcej energii i prywatnych środków, aby spróbować doprowadzić do końca tą tajemnicę. Wiele osób próbuje im coś zarzucać, jednak najłatwiej siedzieć patrzeć, jak ktoś wydaje swoje pieniądze i jeszcze go krytykować, że robi to źle, przecież tylko ci co nic nie robią, się nie mylą…

– Wierzysz, że „złoty” pociąg znajduje się pod Wałbrzychem?

– Jestem raczej człowiekiem czynu, a nie wiary. Jednak w tej sprawie za dużo ludzi mówiło od 20 lat, że coś gdzieś tam ukryto, czy to jest dokładnie na 65 km czy trochę dalej, to czas pokaże. Z pewnością wierzę w odkrywców i ich niezłomną determinację, aby doprowadzić temat do końca za wszelką cenę. Wbrew powszechnej opinii, jak narazie jedynym beneficjentem tej całej przygody jest region i promocja jaką dostał kosztem odkrywców.

– Jakiego sprzętu Zwiadowca Historii używa na co dzień?

– Jak chyba większość z poszukiwaczy, swoją przygodę zaczynałem od popularnego „kanarka”. Po roku niepowodzeń zamieniłem go na produkt rodzimej marki Rutus, a dokładnie Proximę, której z biegiem czasu miałem aż 3 różne modele na koncie. Następnie przyszła pora na coś z wyższej półki i wybrałem model Argo tego samego producenta, dokupiłem do niego cewkę DD29 cm i bardzo długo cieszyłem się posiadaniem jak i osiągami tego wykrywacza. Miałem jednak niemiły wypadek na motocyklu i zacząłem odczuwać poważne dolegliwości ze stawem w łokciu od sporej wagi wykrywacza, musiałem coś z tym zrobić. Mimo pozytywnych doświadczeń z polskim producentem zmieniłem wykrywacz na coś sporo lżejszego, a mianowicie model Deus francuskiej firmy XP. Wykrywacz jest bardzo wygodny i przede wszystkim bardzo lekki. Jednak wciąż mam wrażenie, że osiągami nie dorównuje Argo DD29, którego z bólem serca się pozbyłem.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here